Wczoraj miałem przyjemność wybrać się z moją towarzyszką życia do kina :P Poszliśmy na lansowaną we wszystkich możliwych programach tvn, ich własną produkcję Kochaj i tańcz. Może zacznę od tego, że chcieliśmy iść w weekend, jednak przegraliśmy z marketingiem grupy iti. Sprawdziłem wszystkie sale w poznańskich kinach, niestety na niedzielny wieczór wszystkie miejsca dalej niż cztery rzędy od ekranu zostały zarezerwowane. Siadając w poniedziałkowe popołudnie w sali kinowej zastanawiałem czy ten film odpowie mi na pytanie co jest nie tak z polskim kinem. Czy to brak umiejętności reżyserów i twórców czy banalny brak mamony.
Film opowiada historię Wojtka i Hani. Ona jest początkująca dziennikarką, a on początkującym budowlańcem. Hahaha, no dobra, jest tancerzem, ale musi pomagać ojcu i bratu na rusztowaniu. Owa dziennikarka dostaje swoje pierwsze zlecenie. Ma napisać reportaż powiedzmy, że o tańcu współczenym. Tak poznaje naszego Wojtka i jak się można domyśleć w pierwszej minucie filmu, zakochują się w sobie. No, dochodzi tutaj wątek Hani ojca. Otóż całe 24 lata swojego życia była ona przekonana, iż jej tata nie żyje. Pewnego dnia, właśnie wtedy, gdy dostaje swoje pierwsze zadanie w redakcji pisma, do Polski wraca światowej sławy tanczerz, Jan Ketler. Obecne już na emeryturze, przybywa do kraju by w czasie warsztatów tanecznych, które poprowadzi, wybrać parę, która wystąpi w konkursie European Dance Show. Córka poznaje prawdę i postanawia śledzić owe warsztaty, gdzie szkoli się Wojtek. Dodam, że nasza główna bohaterka ma narzeczonego, a ich ślub ma odbyć się niebawem.
Już początkowe ujęcia przekonały mnie, że nie znajdę odpowiedzi na quest z pierwszego akapitu. Reżyserem Kochaj i Tańcz nie jest polak ;) Zadania podjął się Bruce Parramore. Niestety nie nigdy o nim nie słyszałem, a z tego co widzę na filmweb.pl to jest jego pierwszy pełnometrażowy film w karierze. Powiem szczerze, że ucieszył fakt obecności zagranicznego reżysera. Usiadłem więc wygodnie, sądząc, że objerze fajny film w jakże miłym towarzystwie. Niestety, nic bardziej mylnego. Już w pierwszych minutach przypomniało mi się co mnie najbardziej w rodzimym kinie wnerwia. Wszechobecne krytporeklamy. No bo jak inaczej nazwać sceny, w których matka głównej bohaterki mówi do córki: No przecież wiesz jak teraz wszyscy szaleją na punkcie tańca z gwiazdami. W tym momencie powiem szczerze, zaśmiałem się. Tym głośniej kiedy bohaterka sięgnęła po pilota tv i włączyła tvn24...
Sama fabuła filmu jest ciekawa, choć przewidywalna do bólu. Problemem nie jest historia przedstawiona w filmie. Nie jest nią także tytułowy taniec, który ratuje i podciąga noty obrazu. Przyznaję, że te sceny oglądało mi się bardzo przyjemnie. Odpowiednio dobrano także muzykę, co także zasługuje na duży plus, bowiem uwaga, uwaga... występują tutaj zagraniczne piosenki! :D Na plus zaliczam także ładne aktorki drugoplanowe, a w zasadzie statystki ;) Bardzo fajna jest także lokalizacja owej szkoły tańca. Jest to stary dom, rezydencja z wielkimi pokojami, drewnianą, skrzypiąca podłogą i wielkimi oknami. Na tym w zasadzie kończą się zalety.
Pierwszym rażącym i niedopuszczalnym według mnie błędem jest fakt, iż w owej szkole nikt się niczego nie uczy. Tancerze umieją już na wejściu zatańczyć wszystko, nie robią żadnych błędów. Wszystko wykonują poprostu perfekcyjnie. Rola naszego trenera ogranicza się do...w sumie to patrzenia jak tańczą uczestnicy. Po za tym, nie ma w tej szkole kompletnie żadnej, żadnej rywalizacji między parami teoretycznie walczącymi o występ w europejskim konkursie tanecznym. Co więcej, nie poznajemy nawet imion pozostałych tancerzy, nie znamy ich twarzy, postaci. Po za partnerką Wojtka, Sylwią. Ta para dziwnym trafem okazuje się najlepsza, mimo, że robi dokładnie to samo co reszta. A nawet nie, bo Wojtek większość zajęć opuścił (pomagał ojcu okładać budynek redakcji Hani pisma styropianem). Dalej, wcale nie jest lepiej. Zwycięska para udaję się na wspomniany konkurs. Niestety nie pokazano też prawie żadnych przygotowań do występu na nim. Kilka dosłownie ujęć nie pokazuje nawet tego tańca, który ostatecznie wykonali. Show prowadzi oczywiście Oliver Janiak (Co za tydzień w każdą niedziele w tvn :P).
Naprawdę ładne sceny taneczne przeplatane są wątkiem miłosnym Hani i Wojtka. Tutaj należą się ciepłe słowa. Co tu dużo mówić, miło się to ogląda, pojawiają się typowe sceny z komedii romantycznych. Uh, oh, ah, ale na szczęście nie do obrzygania :) Niestety pojawia się tu postać narzeczonego Hani, Sławka który zachowuje się jak kompletna ciota. Nie będę się nad tym rozwodził, powiem tylko, że obie te postaci pasują siebie jak pięść do nosa. O wiele lepiej byłoby wywalić tego faceta, a czas zmarnowany na wątek ślubu, przeznaczyć na szczegółowe wydrzenia w szkole tańca. Ha! No ale wówczas, nie dałoby rady wpleść kolejnej reklamy. Niedoszły mąż wybiera się bowiem do jubilera, po obrączki. Oczywiście nie można było nakręcić normalnej sceny u jubilera jak to się robi, w amerykańskich czy jakichkolwiek innych produkcjach. Trzebabyło widzowi w kinie wypierdolić na pół ekranu logo APART. Tak samo zresztą kiedy Hania spostrzega, że ubiera się jak babcia. Postanawia zmienić styl. Idzie sobie ulicą, aż tu nagle widzi wielki sklep a nad wejściem wielki szyld RESERVED. Od tego momentu w filmie wygląda naprawdę, tak 10x atrakcyjniej.
O kurcze, gdzie to ja skończyłem...? Aha, no więc jest wielki konkurs, Wojtek wytańczył swoje, zgarnął prawie same dziesiątki (sposób ocen jak w Tańcu z gwiazadami hahaha). Niestety nigdy nie dowiemy się czy wygrał, bo 40minut przed końcem show, rzuca to w cholere, wsiada w autobus i jedzie na ślub Hani i Sławka. Chce uratować związek z dziennikarką. Jak to w komediach romantycznych bywa, tuż przed happy endem, coś sie między kochankami psuje, ale w ostatnich pięciu minutach, bohaterowie w romantyczny i cudowny sposób wracają do siebie i żyją długo i szczęśliwie. Tutaj akurat, Hania nie raczyła poinformować Wojtka, że ma narzeczonego po tym jak się całą noc bawili razem najpierw w klubie, a potem tańczyli i całowali się na dachu jego mieszkania ;)
Na koniec poznęcam się jeszcze nad twórcami :D Zacznę od tego, że Wojtek wszystkie ćwiczenia wykonuje w podkoszulce (bez rękawów). Wyjątkowo obleśny i ochydny był dla mnie widok jego bujnych włosów pod pachami, posklejanych niekiedy potem, szczególnie pod koniec treningów. Już nie mówie, żeby je sobie ogolił, ale można było chociaż przyciąć...fuj! Strasznie się uśmiałem w scenie rozmowy Jana Ketlera z córką. Spotkali się w restauracji, gdzie zamówili szalrotkę. Poźniej wychodzą sobie na dwór. Ojciec idzie już z pustym talerzem, Hania swojej porcji nie jeszcze ruszyła. Nalge pyta się jej czy może się poczęstować. Bierze kęs, delektuje się nim, zamyka oczy, prawie dochodzi...i mówi mniej więcej tak: jakie to dziwne, że pojedyncze dźwięki, zapachy, czy smaki w jednej chwili przypomniają nam przszłość. moja mama robiła świetną szarlotkę... . Mogę jeszcze przytoczyć kolejną reklamę, jak to Hania leżąc w łóżku czy Galę, co jest pokazane dobitnie kilka razy i widać, że specjalnie. Innym razem zakochani całują się na tle wielkiego billboradru Ery. W filmie, Jan Ketler jeździ nowym Volkswagenem Tiguanem. Dziwnym trafem, kiedy pod koniec, jego asystentka zamawia taksówkę, podjerzdża indentyczny samochód, tyle, że w innym kolorze.
Byłbym zapomniał! Należą się brawa twórcom za to, że klub, w którym odbywa się impreza to prawdziwy klub, a nie zadne pomieszczenie, ze ścian kartonowo-gipsowych gdzie jest jasno jak w hipermarkecie i cicho jak w kościele. Ponadto fajnie pracuje także kamera, jest dynamiczna i bardzo ruchliwa. Film wygląda chwilami jak amerykański teledysk i to trzeba dopisać do listy zalet. Ale! (żeby nie było za wesoło) w wielu miejscach przez właśnie takie a nie inne ruchy kamery, obraz jest niewyraźny, twarze statystów są często rozmazane. To irytuje.
Kochaj i tańcz to z całą pewnością polska wersja Step up. Fabuła filmu jest przewidywalna, prosta i schematyczna. Kończy się jak to komedia romantyczna szczęśliwie. Nie można traktować, tego jako zarzutu, bo przecież właśnie o to w tym gatunku chodzi. Na pochwałę zasługuje sama muzyka oraz taniec, choć czuć niestety jego niedosyt. Nie podobały mi się na pewno reklamy sponsorów, błędy czy też niedociągnięca fabularne, oraz bezsensowny wątek ślubu głównej bohaterki. Nie żałuję wydach 13pln chociaż nie ukrywam, że spodziewałem się czegoś lepszego. Jak oceniam całość? Na pewno powyżej średniej krajowej kinematografii, lecz do Europy i Ameryki jeszcze nam brakuje.
Tagi: film, recenzja, tvn, kochaj i tańcz, polskie kino
skomentuj (2)